To miękkie nie-kompetencje prowadzą do katastrofy

Wahadłowiec Challenger zbudowany przez NASA wykonał szereg lotów po orbicie okołoziemskiej w latach 80 tych. W tym czasie dokonywano badań i przeprowadzano różne zadania, wydarzyło sie wiele pierwszych rzeczy, jak np. pierwszy spacer kosmiczny. Ostatni lot był tragiczny, ponieważ wahadłowiec podczas startu wybuchł i wszyscy astronauci zginęli. Takie wypadki są dokładnie analizowane i okazuje się, że przyczyna techniczna, czyli wadliwa uszczelka zbiorników paliwa była dobrze znana inżynierom i projekt menedżerom, ale mimo to decyzja o startach była ciągle podejmowana dopóki wydarzyła się tragedia.
Kilkanaście lat później inny wahadłowiec, Columbia, również uległ wypadkowi. Tutaj sytuacja wyglądała inaczej. Podczas startu uległ on uszkodzeniu, które okazało się fatalne podczas próby powrotu na ziemię bo wahadłowiec spłonął w czasie przechodzenia przez orbitę. Również tutaj cała załoga zginęła.
Dlaczego te tragedie się wydarzyły i czy można było nim uniknąć? Inżynierowie dobrze wiedzieli, że usterki są, ale to nie oni podejmowali decyzje, tylko menedżerowie projektu. Inżynierowie zdawali im raport na temat sytuacji a menedżerowie brali pod uwagę cały szereg innych czynników. Komisja, która badała sprawę uznała, że przywództwo w zespole było nieefektywne a sprawy organizacyjne są równie ważne jak inżynieryjne i tak samo mogą doprowadzić do katastrofy. Jeden z liderów, powiedział, że nie chce być tchórzem, który nie podejmie decyzji i będzie obwiniany za niepowodzenie misji.

Działanie organizacji jest bardzo skomplikowane i nawet nie do końca jesteśmy jest w stanie zrozumieć, ważne jest, aby zdawać sobie sprawę do czego decyzje, zachowanie liderów i ich ego może doprowadzić.

https://www.youtube.com/watch?v=-O_DMyHdq_M


5 ciekawych powodów dlaczego eksport się nie udaje

Powodów dlaczego podbój rynków zagranicznych się nie udaje może być naprawdę wiele i na tym blogu będziemy je regularnie omawiać. Znalazłem ciekawe opracowanie hiszpańskiego eksportera, który podaje wewnętrzne powody nieudanego wejścia na rynki zagraniczne. Zobacz artykuł tutaj po Angielsku lub Hiszpańsku, a wersja Polska z moimi komentarzami poniżej.

  1. Eksport nie jest elementem długoterminowej strategii.
    Każdy potrafi schudnąć 10 kg w miesiąc, ale nie wielu jest w stanie to zrobić w ciągu roku. Aby się udało trzeba zmienić styl życia.
    Z eksportem i w zasadzie ze wszystkim jest podobnie. Krótkoterminowe działania nie przyniosą żadnego efektu, dlatego istotnym elementem jest włożenie regularnych działań proeksportowych do naszego terminarza i założenie, że tak samo jak wiele lat rozwijaliśmy naszą firmę w kraju, tak samo długo będzie to się działo za granicą. Jeżeli co tydzień mamy spotkanie z pracownikami działu rozwoju czy marketingu, tak samo co tydzień powinniśmy spotkać się z osobą realizującą nasz eksport. Jeżeli uda się nam to przez pierwsze kilka tygodni, to naturalnie przejdziemy do dalszego rozwoju, możemy stworzyć budżet na działania, zaplanować wyjazdy, zdobyć ewentualne finansowanie z projektów unijnych, zaprosić gości, dzięki informacjom z rynku zagranicznego przygotować nowe produkty.
    Z doświadczenia wiem, że najlepszy stymulatorem są po prostu zamówienia, jeżeli firma poczuje, że eksport faktycznie się udaje, to trudno jest jej kwestionować zasadność działań eksportowych.
  2. Brak międzynarodowego mindsetu
    Nastawienie firmy jako całości jest istotnym czynnikiem w rozwoju eksportu, ponieważ jeden manager sam nic nie zdziała, pracownicy w firmie muszą mu dobrowolnie, chętnie i świadomie pomagać - innymi słowa cała firma musi być w pełni świadoma, że eksportuje. Jeżeli dział przygotowania produktu stworzy instrukcje czy etykiety w języku polskim, w ogóle przy tym nie myśląc jak będzie wyglądała wersja eksportowa, to późniejsze koszty i nakład procy mogą być wysokie, a przede wszystkim działania naprawcze będą zniechęcające i uporczywe.
    Aby skutecznie i zespołowo realizować eksport musimy mieć zgraną i zorientowaną na cel drużynę, która wspólnie będzie realizować cel.
  3. Niemożność wprowadzenia zmian potrzebnych do eksportu
    Na samym początku najlepiej założyć, że łatwo nie będzie. Każdy rynek jest specyficzny i wejście na każdy wymaga zaadoptowani firmy do danych warunków, jeżeli chcemy wejść do Niemiec z całkowicie polską, zaledwie przetłumaczoną ofertą to najprawdopodobniej nam się nie powiedzie. Niemcy mają swoje charakterystyczne dla siebie przyzwyczajenia i zachowania, musimy się do nich dostosować, często pomoże nam w tym lokalny partner czy dystrybutor, z którym rozpoczniemy współpracę. Oczywiście w późniejszym etapie będziemy mogli promować rozwiązania, które dobrze sprawdziły się w Polsce, ale nie będzie to core naszego biznesu, tylko ciekawostka.
  4. Niekompetentny menedżer zarządzający sprzedażą eksportową
    Zależnie od naszej struktury będziemy mieli ludzi odpowiedzialnych za różne zadania. Aby umiejętnie wchodzić na różne rynki potrzebujemy osoby, kreatywnej, podchodzącej nietypowo do zadań, przenikliwiej i nie bojącej się prób a tym samym porażek. Niewiele osób posiada takie cechy, tym bardziej w Polsce, gdzie wiele osób nadal jest dość roszczeniowa i najchętniej czeka, aż szef powie im co mają zrobić. Jeżeli chcesz wchodzić na rynki eksportowe, potrzebujesz kogoś, kto przeanalizuje sytuację twojego przedsiębiorstwa i powie ci co trzeba zrobić, a następnie to zrobi.
    Manager eksportu powinien posiadać jedną ciekawą cechę, którą doskonale opisuje Adam Grant w książce Dawaj i Bierz , którą bardzo polecam. Opisuje on postawę łowcy talentów drużyny NBA Philadelphia 76ers, który miał możliwość wyboru do swojej drużyny Michaela Jordana, ale zdecydował się na innego zawodnika, ponieważ tamten lepiej się zapowiadał. Decyzja okazała się błędna bo jak wiadomo MJ został amerykańskim sportowcem wszech czasów, ale wielu działaczy przyznały rację trenerowi z Philly, ponieważ w tamtym momencie ta decyzja była dobra. Trener dał nowemu zawodnikowi szansę przez dwa sezony, a potem go zwolnił i przyznał się, że wybór był zły. Nie chciał już dalej kontynuować swojej porażki, tylko szukać kolejnych talentów, które przyniosą 76ersom mistrzostwo NBA, co w końcu się udało, a sam trener został wielokrotnie wyróżniony za swoje umiejętności.
    Nie jest łatwo przyznać się do porażki, ale o wiele gorsze dla naszej firmy będzie ciągnięcie złej strategii i dalsze topienie czasu i pieniędzy. Jeżeli jakiś rynek źle rokuje bo mamy nieodpowiedni produkt a stworzenie nowego wiąże się z ogromnymi nakładami, to trudno - uznajmy to za koszt utopiony i próbujmy wejść na inny rynek z innym produktem. Upewnijmy się, że nasz manager jest w stanie przyznać się do błędu.
  5. Silny rynek rodzimy
    Silny rynek Polski dla wielu producentów jest pułapką. Polska przez ostatnie lata pięknie się rozwija, ale jak pokazują badania ekonomiczne gospodarką rządzi cykliczność, co oznacza, że mamy lata tłuste i chude, regularnie co kilka lub kilkanaście lat, więc pewne jest, że prędzej czy później w każdej branży pojawi się kryzys. Jeżeli mamy zbudowaną prezencje za granicą, to mamy o wiele większe szanse, że kryzys dotknie nas mniej znacząco, ponieważ jest mniej prawdopodobne, że nastąpi on w wielu krajach z tą samą siłą. Oczywiście trzeba być ostrożnym też w drugą stronę, jeżeli uzależnimy firmę od jednego kraju eksportowego, a tam wydarzy się kryzys, to również będziemy mieli problem.Widać dość wyraźnie, że eksport to raczej kwestia zmiany mentalności, podejścia konsekwetnego w kwestii realizacji zadań związanych z eksportem, ale też elastycznego w związku z wyzwaniami jakie będziemy napotykać. Zarządzanie zasobami ludzkimi stanowi kluczową rolę w powodzeniu naszej misji bo jeżeli będziemy mieli odpowiednich ludzi i dobrze nimi pokierujemy, to pomogą nam oni zrealizować cel.

3 rzeczy potrzebne do zwiększenia sprzedaży

Jakieś pół roku temu klient zapytał mnie, Panie Tomaszu co zrobić, aby zwiększyć sprzedaż? Niezwykle proste pytania niesamowici utknęło mi w głowie i powiem szczerze, że ciągle o nim myślę. Okazuje się, że odpowiedź na to pytanie jest dla każdego inna i na dodatek zmienia się w czasie, kiedyś trzeba było zrobić X, później 2X, 3X a teraz można zrobić 100X i nie przynosi to już żadnego efektu. Mam tutaj na myśli reklamę, która w cudowny sposób zamieniała przedsięwzięcie w bardzo dochodowy biznes. Najfajniejszym przykładem są zamki "Gerda", które w latach 90 mocno reklamowały się w Polskiej telewizji i są bardzo dobrze znane do dzisiaj. Gdyby jakikolwiek producent zrobił to samo dzisiaj, na pewno nie odniósłby nawet zbliżonego efektu.
Miałem dzisiaj pisać o czym innym, ale przeczytałem sobie wpis z bloga Mała Wielka Firma (wpis dość aktualny bo z 11.2016). Blog jest bardzo fajnie zrobiony, autor ma olbrzymie doświadczenie, ale treść tego wpisu nie za bardzo przypadła mi do gustu. Pan Marek ma na pewno mnóstwo nowoczesnych pomysłów jak można przyciągać klientów emaile, smsy, promocje, okazje itp. W dzisiejszym świecie taka reklama się kompletnie nie przebija (polecam tutaj książkę Seth Godin - Marketing za przyzwoleniem), każdego maila od pizzerii po prostu kasuje a jaką pizzę wybrać zastanawiamy się jak jesteśmy głodni i co się dzieje wtedy? Wybieramy pizzę, która nam smakowała, ooo a to akurat dobrze pamiętam, że jak zamówiłem ostatnio pizzę i była niedobra to więcej jej nie zamówię. Do dziś pamiętam pizzerię Da Grasso w Poznaniu na Półwiejskiej, którą chyba 10 lat temu przywiozła mi pizzę zasypaną obrzydliwymi pieczarkami.

Chcesz zwiększyć sprzedaż swojego produktu, to najpierw zapytaj się czy faktycznie jest on tego wart? Dajesz na pizzę świeże warzywa, prawdziwy ser czy sztuczny? Wypiekasz ją w piecu zwykły czy takim z prawdziwej włoskiej restauracji palony drewnem? W Poznaniu jest pizzeria z takim piecem i wszyscy ją sobie polecają bo podobno pizza jest super, nazywa Bar a Boo. Nikt nie mówił, że dostał maila z ofertą albo że można kupić dwie w cenie jednej. Mówią "tam mają prawdziwy piec", nawet nie trzeba dodawać, że pizza jest dobra bo każdy od razu skojarzy jakość z tym cholernym piecem.

Jeżeli chcesz, aby Twoja usługa masowo się promowała to musisz sprawić, aby ludzie mówili o niej swoim kolegom, koleżankom, żonom, mężom i kochankom, jeżeli za polecenie jesteś w stanie zapłacić to jeszcze bardziej to wzmocnisz (tak robi dropbox dając darmową przestrzeń osobom polecającym, mówiłem komu mogłem i nawet instalowałem to ludziom na komputerach, aby tylko dotać więcej megabajtów i sporo ich uzbierałem, także uber, który po prostu daje darmowe przejazdy), ale dzisiaj żadna reklama nie odnosi takiego skutku jak rekomendacja znajomego, kolegi czy przyjaciela "idź, tam mają super pizze, mają piec opalany drewnem" Czy ktoś oprze się takiej rekomendacji? Na pewno nie, i na pewno tam pójdzie. Twoja w tym głowa, aby mu się podobało i aby wrócił.

Załóżmy że już mamy tę super pizzę, ciągle dbamy, aby była dobrze wypiekana, nasi ludzie są wyszkoleni, żeby tworzyć jakość i żaden klient się nie rozczaruje. Swoją drogą dotarcie do tego poziomu jest nie lada wyzwaniem bo dopinane detali jest najtrudniejsze, a klienci dzisiaj naprawdę szybko się zniechęcają bo ilość alternatyw jest nieograniczona.
Drugą rzeczą nad którą zacząłbym pracować to "buying experience", po Polsku chyba byłoby "proces zakupu" albo "wrażenia podczas kupowania". Świetnym przykładem jak to zostało poprawione jest dla mnie serwis Allegro. Wybieramy produkt (oferta jest bardzo duża, od różnych sprzedawców, w różnych cenach, wiele możliwości dostawy), dodajemy do koszyka bądź idziemy do płatności, tam już mamy zapisaną naszą kartę lub płacimy systemem PayU przez przeniesienie na stronę banku. Ewentualnie możemy wybrać płatność na raty (robiłem to, za trzecim razem system pamięta już wszystkie dane i cały proces wnioskowania o raty traw 10 minut, genialne). Gotowe! Potwierdzenie na maila. Łatwo, szybko i przyjemnie. Dotarcie do tego poziomu allegro zajęło jakieś 17 lat! Oczywiście pojawiły się nowe technologie, których kiedyś nie było i zostały one świetnie wykorzystane, nie mniej jednak czas i pieniądze a przede wszystkim myśl jakie zostały włożone w uporządkowanie procesu zakupu stanowią niesamowite wyzwanie, choć mogłoby się to wydawać proste z punktu widzenia kupującego, tak proste, że nawet nie zauważamy, jak szybko wszystko załatwimy i nie zdążymy ponarzekać.

Wracając do naszej pizzy. Jak możemy pracować na wrażeniami podczas zakupu? Nasz dostawca pizzy może być miły i schludnie ubrany, może posiadać terminal do płatności kartą, może jeździć czystym autem. Zamówienie można przyjmować na różne sposoby, poprzez aplikację lub przez stronę. Jeżeli mamy lokal to trzeba o niego dbać, obsługa musi być miła, napoje zimne itd. Nie będę tutaj mówił jak dokładnie ma to wyglądać. Myślę, że właściciel lokalu dobrze wie jak to należy zrobić, chodzi mi o to aby skupić się na tym, że należy stworzyć przyjemną atomsferę dla klienta, co skłoni go do powrotu i to na dodatek ze znajomymi. Kolejny raz polecam tutaj książkę Carmine Gallo - Doświadczenie Apple. 

Ostatni czynnik to określenie, kto jest naszym klientem. Tak naprawdę od tego powinniśmy zacząć zanim w ogóle otworzymy pizzerie, ale jako, że zacząłem komentować artykuł z bloga Mała Wielka Firma tak mi wyszło, że mówię o tym na koniec.
Załóżmy, że mamy pizzerię na każdym rogu, każda ma świetną pizzę i każda sprawia, że klienci czują się w niej doskonale. Jak możemy zdobyć przewagę? Otóż możemy skupić się na określonej grupie klientów. Na moim etapie życia najbliżej będzie mi mówić o grupie 'rodzice z dziećmi', specyficzna grupa (o tym jak analizować grupę pisałem tutaj), dość liczna w naszym społeczeństwie (500+ bije rekordy), także uznajmy to za dobry target (nie lubię tego słowa, ale łatwo się go używa). Czyli mamy rodziców w wieku około 30 lat, i dzieci w wieku 0-7 lat. Czego taka grupa potrzebuje? Małe dzieci na pewno nie są w stanie usiedzieć w miejscu więc potrzebują atrakcji (często w lokalach jest stolik z Ikeii i kredki, ok może być, od czegoś trzeba zacząć), rodzice chcieliby posiedzieć spokojnie, mieć oko na dzieci, ale nie biegać za nimi i pilnować, aby nie wyszły na ulicę. Czy jesteś w stanie stworzyć takie warunki, aby taka grupa czuła się dobrze? Zapewniam cię, jeżeli tak by było, to ilekroć miałbym ochotę na pizzę to przyszedłbym do twojej pizzeri.
Oczywiście to jest tylko przykład i możesz nie rozumieć potrzeb, akurat tej grupy. Z ekonomicznego punktu widzenia najlepiej jest wyselekcjonować najliczniejszą grupę społeczna i dla niej się poświecić, ale jeżeli danej grupy nie czujesz i nie chcesz mieć z nią nic wspólnego, to po co się męczyć. Trzeba mieć świadomość, że niektórzy klienci do tej pizzerii pełnej krzyczących bachorów nigdy nie przyjdą np. zakochana para czy single chcący poczytać do pizzy lub zatopić się w swoim 5 calowym ekranie. Tylko, że to jest ok. Ta usługa nie jest dla nich. Jeżeli coś jest dla wszystkich, to jest dla nikogo. Nie można się bać utraty tych klientów.


Lepszy dobry biznes, niż pasjonujące zajęcie

Często słyszysz, że możesz robić co tylko chcesz, tylko musisz się tym naprawdę pasjonować i prędzej czy później zostanie Ci to wynagrodzone. Wiele osób, które podążają do końca za swoimi pasjami świetnie sobie radzi finansowo. Dla niektórych miarą sukcesu jest sukces finansowy, tak naprawdę dla większości (Krista Tippett ciekawie rozwija tę kwestię w jednym ze swoich podcastów) . Zapominamy jednak, że sukces finansowy ma swoją cenę jak samotność, brak rodziny, przyjaciół czy jakże ważne zdrowie. Ale ok, nie o sukcesie chciałem pisać, a o monetyzowaniu i satysfakcji jaką to niesie ze sobą oraz o rozpoczynaniu biznesu.

Jak otwierałem swoją pierwszą firmę to podążałem za swoją pasją kitesurfingiem. Świetnie jest być surferem, przebywać na złotej plaży w słońcu sprzedawać sprzęt i jeszcze z tego świetnie żyć. No cóż nie wyszło. Kite jest sportem niszowym, mało ludzi się nim interesuje, jest dość drogi a o warunki trudno. Oczywiście są firmy, które świetnie na tym zarobiły jak Nobile, Polski producent z Bielsko Białej, który ma fabrykę sprzętu, ale mimo tego, że uwielbiam ten sport to ciężko byłoby na nim dobrze zarobić w taki sposób jaki ja sobie obrałem. Jest wiele firm, które na tym sporcie zarabiają świetnie, ale ja nie mogłem realizować innego modelu biznesowego.

Tu się zaczyna ciekawie. Otóż biznes mniej pasjonujący, powiedzmy produkcja okien, może przynosić zdecydowanie więcej satysfakcji chociaż owoc naszej pracy na pierwszy rzut oko sam w sobie nie jest tak pasjonujący, a okna? Każdy ma okna! Zarządzanie firmą to pasjonujące zajęcie, stawia przed nami wiele wyzwań a im większa firma tym większe wyzwania. Oczywiście nie jest to zajęcie dla każdego bo odpowiedzialność za kilka osób jest dla niektórych nie do przeskoczenia, a nie mówmy już o kilkuset.

Doradzam ludziom, którzy rozpoczynają swój biznes. Mają chęci, pieniądze, plany. Bardzo często brakuje im jednak modelu biznesowego. Jest to kluczowe. Polecam książkę Alexander Osterwalder, Yves Pigneur Tworzenie modeli biznesowych. Zobacz też poprzedni wpis z bloga "Dla kogo jest twój produkt?"
Sprawa jest poważna. Ostatnio na spotkaniu właściciel dość dużej firmy (około 60 osób) zaproponował zrobienie nowego produktu. Firma może sobie na to pozwolić, ma ludzi i możliwości. Produkt był jednak z innej branży i jak zadałem pytania w stylu 'dla kogo jest ten produkt?; kto będzie zlecał jego kupno? Jak przebiega proces sprzedaży i zakupu? Kto jest kupującym a kto sprzedającym w tej branży?" Nikt nie potrafił odpowiedzieć na takie proste pytania. Na te pytania odpowiada się tworząc właśnie modeli biznesowy, gdzie wyznaczamy naszego klienta docelowego, analizujemy konkurencję, analizujemy swoje możliwości i zasoby. Dopiero później jak dowiemy się wielu istotnych rzeczy to robimy sobie logo, budujemy stronę internetową, wymyślamy nazwę firmy.

Wiele osób zaczyna i porywa się na coś na coś kompletnie nieznanego. Najlepszym przykładem jest chyba gastronomia? Chodzisz do fajnych restauracji i pewnie chciałbyś założyć swoją knajpkę? No tak, każdy chciałby mieć miejsce w swoim klimacie. Tylko, że praca w gastronomii to bardzo ciężka harówka, nieograniczone godziny pracy. Planujesz rodzinę, dzieci? Lubisz jeździć na dwutygodniowe wakacje, albo masz taki zamiar? Tak? To zastanów się czy naprawdę wiesz z czym to się wiążę.
Wiem, że trochę dramatyzuje, ale 90% biznesów upada w ciągu pierwszych 2 lat. Dlatego, że nie zbudowali dobrego modelu biznesowego i im się nie powiodło. Odszedłeś z korpo??  Lepiej tego nie rób, zacznij pracować wieczorami, w weekendy. Zbuduj model biznesowy i sprawdź czy działa. Raczej nie działa, i trzeba go zmodyfikować,a przecież musi ci starczyć pieniędzy na życie. Udało się! Pierwszy, drugi klient i idą kolejni. Tak teraz można rozwijać biznes. Odwaga jest dobra, ale nie mylmy jej z głupotą.

 

 


Rób co mówię! Nie?

Masz władzę nad kimś i pewnie myślisz sobie, że możesz mu powiedzieć co ma robić albo wydać mu polecenie lub nakaz i ta osoba wykona Twoje polecenie. Otóż tak nie jest, prawdziwy lider jest świadomy tego i mimo tego, że wie, że jest w hierarchi wyżej to dba o wiele dodatkowych aspektów, które mają znaczenia podczas zarządzania zespołem, projektem czy po prostu swoim przedsiębiorstwem.

Ciekawym potwierdzeniem, które ostatnio słyszałem są słowa Johna "Jocko" Willinka byłego komandosa Navy Seals, a obecnie doradcę i konsultanta w sprawach zarządzania i przewodzenia. Otóż Jocko powiedział, że jedną z większych pomyłek jest myślenie, że jeżeli starszy rangą żołnierz wyda polecenie niższemu rangą żołnierzowi to on to wykona. Oczywiście w przypadku rozkazu mycia latryn jakiś szeregowy nie wiele będzie mógł zrobić, najprawdopodobniej przeklnie wielokrotnie swego zwierzchnika, ale o wiele bardziej insteresujące są złożone sytuacje, które mamy w życiu i biznesie. Przykładowo oddział komandosów dostaje polecenie przejścia na teren wroga i pojmanie jakiegoś 'bag guy' i powrót z nim do bazy. Po analizie misji oddział stwierdza, że jest ona niemożliwa do wykonania a przede wszystkim zbyt ryzykowna. I co się dzieje? Rozkaz to rozkaz, tak? No właśnie nie, oddział wychodzi do dżungli oddala się o bezpieczną oddległość od bazy, przeczekuje i wraca twierdząc, że nikogo tam nie było.

Oczekujemy od podwładnych gotowości do działania, inicjatywy, kreatywności, ale aby to otrzymać musi im pozwolić to z siebie wydobyć. Dokładnymi poleceniami i obmyślaniem wszystkiego za swoich podwładnych nie jesteśmy w stanie niczego osiągnąć, ponieważ przerzucamy cały ciężar na siebie, popełniamy błędy, których później nikt nie weryfikuje, a na końcu efekt naszego działania jest bardzo przeciętny.

Według Jocko prawdziwy lider jest skromny i ma w sobie dużo pokory, a przede wszystkim bierze odpowiedzialność dla siebie i to jest bardzo ciekawe. Lider podejmuje decyzje i właśnie sam ponosi za nią odpowiedzialność, ale przecież może omówić różne możliwe decyzje ze swoim zespołem a na koniec po wzięciu pod uwagę wszelkich za i przeciw podjąć decyzję. Dla zespołu będzie istotne, że był wtajemniczony w proces podejmowania decyzji i jeżeli później musi w związku z tym wykonywać jakiegoś działania to o wiele skuteczniej i chętniej się nimi zajmie. Ile razy słyszałeś od znudzonego pracownika słowa typu "szef wymyślił jakieś głupoty i muszę to robić" Czy szef zlecił wykonanie ważnych czy nieważnych zadanie jest w tym momencie nieistotne i nie przedostaje się już do świadomości pracownika bo nikt z nim na temat decyzji o działaniu nie rozmawiał, nie wysłuchał jego uwag i nie pozwolił mu się oswoić z przyszłym zadaniem.

Wywiad z Jocko przeprowadził Tim Ferris i jest dostępny w formie podcasta.